Wpisy z tagiem: spontanicznie
wtorek, 07 czerwca 2011
Randkę niby miała mieć dzisiaj, ale nie ma. Rozumie niby, że jak się ludzie umawiają, to się umówili i nie trzeba tego potwierdzać dziesięć tysięcy tysiąc pięćset dwa dziewięćset razy i razów, ale wolałaby być dopytana, potwierdzona, uzupełniona o informacje, że tak, że na pewno, że tu i tam. A jak nie, to jej podła kobieca natura się przeciwko temu oburza, buntuje, nie, o nie! Swoją drogą słowo "randka" jednym z brzydszych słów się jawi w pulchrabellowej głowie. Takie wydumane, zadufane, twarde, nieprzekazujące emocji żadnych pozytywnych. W ciągłym niedoczasie, wpatrzona lekko otępiałym wzrokiem to w ekran, to w ścianę, zatyka uszy, chroniąc je przed hałasem wydawanym przez musujący w szklance alka seltzer, przełyka ślinę, zbawienną dla wysuszonego gardła, i marzy o położeniu się do łóżka w dusznej dziupli. Wczorajszy pięciobój nowoczesny, kórego dominującą dyscypliną był maraton centralny, dał się we znaki. Popłynęły przy okazji, mistrzynie stylu klasycznego. Nie wie, czy lata nie te, czy pogoda nie ta, nieważne, jednak warto dziś się leczyć. Ludzie są mili, dobrzy, weseli i radośni. Trzeba tylko umieć się na nich otworzyć. No. Ma mętlik w głowie, gonitwę myśli, burzę mózgu. Ciągle nie lubi cwaniactwa, za to coraz bardziej lubi małe radości i wspólne carpe diem. Bezpłatne uśmiechy, miłe słowa, podsłuchiwane small talki, przyjaźń, beztroskie tańce w najmniej oczekiwanych miejscach o nietypowych porach. Swobodnych ludzi lubiących siebie i innych.
środa, 11 maja 2011
Po odarciu ze złudzeń jednak ciągle można dryfować pod żaglem beztroski, czekając na przychylne wiatry, nie wiosłując na siłę z nadzieją, że galera ruszy z kopyta. Tego potrzebowała: braku konwenansów, udawania i udawactwa, odhaczania kolejnych punktów, podpunktów z agendy spotkania, owijania bułki w bibułkę. Powrotu do przeszłości ze świata, w którym wszystko unosi się 30 centymetrów ponad chodnikami. Jedni oderwani od twardej ziemi, tacy, co obserwują świat z twarzą w chmurach, utrzymywane na sznurkach marionetki, tacy z cepelinowym ego, ulotni wszyscy, zdmuchnęła ten widok, a znaczek baterii w mgnieniu oka pokazał wszystkie kreski. Kawa na ławie. Nie ma zapewnień, nie ma planów, wykrętów, matactw, łajdactw, zachachmęceń, okrągłych słów, miękkich obietnic, płynnych złudzeń, tej fizyczno-emocjonalnej cieczy, która - nie może być inaczej - zawsze przyjmie kształt naczynia. Ciepły, dobry człowiek. Nie on dla niej, nie ona dla niego. Po prostu ciepło, nie ciał, nawet nie dusz. Nic na siłę, spontaniczna radość, jak mentos w coli, jak dziecko w piaskownicy, jak szczeniaczek bawiący się ze starym wilczurem. Zatrzymany kadr, bez oprawiania go w ramki. Kokon ramion, muśnięcie palców, Jan N., everyman, stary nowy, choć może "stary" jest tu nie na miejscu.
poniedziałek, 28 lutego 2011
A im większy sprzeciw, tym rozsądniejsza się wydaje. I tym łatwiej usprawiedliwić ją przed sobą, bo przed światem próbować nie ma co. Samosią nie Zosią została już dawno. Może za wcześnie wyleciała spod szerokich, pierzastych, troskliwych skrzydeł matczynych. Może niepotrzebnie i za długo miała nieodpartą, silniejszą od niej samej potrzebę posiadania ostatniego słowa, stawiania kropki nad i, wykrzyknika po zdaniu niestety często oznajmującym. Parę razy dałą swojej intuicji dowody braku zaufania, kaja i się wywstydza, zarumieniona, w kąciku, na kolankach, na grochu, z rękami do góry, do dziś, raz na jakiś czas. Teraz słucha jej, jak matki, babki, opiekunki, dobrej wróżki, chrzestnej, siebie samej słucha. Nie, nie umie dyskutować na tematy, które się oczywiste wydają, jej przynajmniej. Kłapać szczęką, mleć jęzorem można, ale co to da?! Plus nie jest od tego, żeby go kochać, szanować, SMS-y słodkie, przytulaśne mu pisać, obiecywać gruszki na wierzbie, szklane góry, bandę rozwrzeszczanych bachorów z wiecznie pełnymi pieluchami, zimny obiad, kawę lurę, bez cukru, bo znowu niekupiony, głowę obolałą co dzień prawie, okres w dni pozostałe, 5 kilo nadwagi po pierwszej ciąży, po 10 kilo po kolejnych, tłuste włosy, zagubioną maszynkę do golenia nóg i wyższych sfer. Nie. Plus jest od tego, żeby nie miewała syndromów. Kropka! * B. Czeszko "Pokolenie"
piątek, 25 lutego 2011
Jak mawiają starzy Sarmaci: oj tam, oj tam! Po co płakać nad rozlanym mlekiem, choć mleko zdrowe, pożywne, wapnia dużo zawiera, kości, ręce, nogi kręgosłup mocny buduje. Kręgosłup mieć trzeba. Jakby się wódka rozlała lub stłukła, to płakać trzeba. Bo to woda żywa, żywotna, woda radosna, śmiejąca się, aqua vitae, okowita, rzecz dobra i niezbędna. Na małe tęsknoty, duże smutki i codzienne radości pomaga. No więc plan swój weekendowy wypełni, tocz'ka po tocz'ce, punkt po punkcie. Ostatki, końcówki, karnawał, Rio, radość, miłość, wolność i swoboda. Ludzie nie skały, miękcy bywają, zmienni, niestali. Nie trwają, nie opierają się przeciwnościom przyrody czy losu, opoką nie są. Czasem chciałaby się nauczyć gniewać, surową, zimną suką niedostępną wredną, nieprzejednaną być i gryźć i warczeć, a nie tylko poszumi, poszumi, przejdzie, za chwilę poniżej pleców, a powyżej ud ma wszystko jako byłe niebyłe. Zdecydowanie woli problemy rzyciowe od życiowych. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
darmowe statystyki strony |