Wpisy z tagiem: marynarz

sobota, 12 marca 2011

Jeszcze w głowie grzechoczą jej kostki lodu z wypitego drinka, jednego, drugiego, robią stukot, hałas, tańczą, zgrzytają, przewalają się. W żyłach resztki krwi, moc innych płynów jej ciało okrąża. Leniwa powieka lewa pogania leniwą powiekę prawą, kotary rzęs wachlują policzek, czyniąc przy tym hałas, jak szum tysięcy kluczy żurawi i gęsi, które poczuły oddech wiosny, a ten zagnał je z powrotem, do tego kraju nie mlekiem i miodem, ale krwią i wódką płynącego...

Muzycznie euforycznie dopieszczona, doprowadzona wręcz do ekstazy muzycznej, soczyście, rytmicznie, energicznie, po męsku, koncertowo po prostu. Półuśmiech na ustach na samo wspomnienie. Bliskie, nieodległe, żywe, aż wilgotne ciepło ogarnia ją i pełznie pomaleńku, powolutku od małego palca lewej stopy do góry. I właśnie dmucha jej delikatnie do prawego ucha i melorecytuje. Mniam. Że też można aż tak dobrze zagrać. Do trzewi. Do samego środka. Zgwałcić mocą i siłą dźwięku i zostawić z uśmiechem spełnienia na spieczonych od brutalnych pocałunków ustach.

Znowu zapomniała, że weekend nie od tego jest, żeby odpoczywać, się wysypiać, ogarniać, nadrabiać rodzinne spotkania, obiadki odbębniać. Znowu w nicość płynie, po różowym winie na kanapie. Popłynie po piwie na przelotnym widzeniu z dawno niewidzianymi w oparach tytoniu, absurdu, melancholii, po wódce owocami pachnącej z Marynarzem i ekipą okrętową radosną jak zawsze, po whisky ze stadem rozpuszczonych, rozbisurmanionych, zepsutych, takich, którzy się zbiesili, w jakimś klubie mniej lub bardziej podłym.

Wytępi myśli, wątpliwości, smutki, kotki, motylki i to inne co w głowie jej zalega od poniedziałku do piątku. Reset. Plum.

piątek, 25 lutego 2011

Jak mawiają starzy Sarmaci: oj tam, oj tam!

Po co płakać nad rozlanym mlekiem, choć mleko zdrowe, pożywne, wapnia dużo zawiera, kości, ręce, nogi kręgosłup mocny buduje. Kręgosłup mieć trzeba. Jakby się wódka rozlała lub stłukła, to płakać trzeba. Bo to woda żywa, żywotna, woda radosna, śmiejąca się, aqua vitae, okowita, rzecz dobra i niezbędna. Na małe tęsknoty, duże smutki i codzienne radości pomaga.

No więc plan swój weekendowy wypełni, tocz'ka po tocz'ce, punkt po punkcie. Ostatki, końcówki, karnawał, Rio, radość, miłość, wolność i swoboda.

Ludzie nie skały, miękcy bywają, zmienni, niestali. Nie trwają, nie opierają się przeciwnościom przyrody czy losu, opoką nie są.

Czasem chciałaby się nauczyć gniewać, surową, zimną suką niedostępną wredną, nieprzejednaną być i gryźć i warczeć, a nie tylko poszumi, poszumi, przejdzie, za chwilę poniżej pleców, a powyżej ud ma wszystko jako byłe niebyłe.

Zdecydowanie woli problemy rzyciowe od życiowych.

piątek, 26 listopada 2010

Pulchrabella dziś więc osiąga wyżyny nie tylko swojej, lecz światowej inteligencji.

Głębokość pewnych stwierdzeń rozkłada na łopatki, powala, przewraca, wali po zębach i nosie, rozkrwawia głowy i myśli. Nie żeby to, ale trzeba było jakoś zacząć.

Zima nastraja ją zdecydowanie negatywnie. A jeszcze kilka dni temu opowiadała wokół, wszem i wobec, że jest permanentnie niehumorzasta. A tu ze zdwojoną mocą, ba, dwudziestokrotnością mocy poprzedniej, pojawia się to, co zamiecione pod dywan zostało lata temu, zakopane 56 metrów pod ziemią, w mrokach niepamięci, wśród innych niewydarzeń.

Nic ważnego, nic niezwykłego. Zwykły brak poukładania pewnych rzeczy w pewnym momencie. Niezamknięcie drzwi wtedy, gdy niezbędne to było, powoduje, że - wypaczone - już się nie domkną i skrzypieć będą. Skrzypią, skrzypią, jęczą, godzinę duchów wywołują, kryminalną perełką się stają, budzą w głowie "wojny myśli niespokojnych".

Oho ho, jaka się lotna dziś Pulchrabella zrobiła. I nastrojowa. Musi się chyba napić.

Na szczęście Rogu wie, kiedy się zjawić, o nic nie pytać, być kolegą, polać whisky, albo i wódki, dlaczego nie, i rozwiać mnie bądź bardziej PMS-owe wymysły i pomysły.

A tak w ogóle to chciałaby wyjść czasem z nieszczęsnego pancerza pierdolonej od tyłu przez kotarę mieszczanki, nie zawijać bułki w bibułkę, tylko powiedzieć/pojechać wprost. Może upuściłaby sobie i krwi, i ciśnienia. Ale nie umie i nie potrafi. Asertywność poziom 0. Zawsze to lepiej niż -5, co jeszcze do niedawna królowało. Na razie robi to w myślach, wytrawnie, na zimno, bezlitośnie. Napawa się swoim suczym chłodem i lodowatym okrucieństwem. Smaga słowami jak biczem, ech...

wtorek, 17 sierpnia 2010

A raz ustalonych zasad współżycia społecznego nie nagina się "bo tak".

Powrócona, zakręcona, nienawrócona, podkręcona. Może i zaszokowana. Nie wie, co ma myśleć. Gdyby rozłożyła temat na części pierwsze, rozpisała na punty, podpunkty i inne myślniki, to pomyślałaby: rewelacyjnie. Może nawet: idealnie. Ale nie rozkłada i mówi: fantastycznie. Z kosmosu. Z chaosu. Ze świata pięciu stron i wiecznych zachodów słońca.

Nie do ogarnięcia dla skromnego umysłu. Składa to na karb: klimatu, miejsca, nastroju, towarzystwa, atmosfery, pogody i in. (niepotrzebne skreślić). Płynów nie brakowało, hamulcowego na szczęście też.

Nie, nie chodzi o podchody, zadensimy, zaseksimy, cho no, malenka, będzie fajnie, nie pożałujesz, no, zrób to, no weź! Bo by nie miała wątpliwości. Pewnie nie.

Ale nie, przecież nic nie może być łatwe, proste, przyjemne, bez zobowiązań, bez problemów, bez historii i bez przyszłości, bez spisu treści i streszczenia.

Gdyby umiała w życiu używać zdrowego rozsądku, zgodnie z nim postępować, pewnie byłaby szczęśliwa.

Ale walenie głową w mur bywa, niestety, przyjemniejsze.

13:43, pulchrabella
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010

To będzie dobre. Dała na to swoje błogosławieństwo, obserwowała, widziała, wierzy im. Oni sobie też.

Na szczęście nie rozpłakała się, obeszło się bez poprawek makijazowo-kościelnych. Dała radę. Choć wszelkie rytuały przejścia wybijają ją z rytmu i zbijają z pantałyku. Ale wódka pomaga przejść przez pewne sytuacje w miarę bezboleśnie. Gorzej z syndromem dnia nastepnego, ale tym razem było ok. To chyba wpływ ogólnej pozytywnej sytuacji zadowolenia, pewności i radości.

Nie naszły ją żadne refleksje, że ona nie, że wiecznie na nie, że na co, po co i dlaczego. Dopiero dziś ją nachodzą.

Ale je płoszy. Na co jej to.

Po raz kolejny tylko się upewniła, że

starość nie radość, pogrzeb nie wesele.

W przyrodzie musi być równowaga. Co weźmie za młodu, na starość odda. Oby nie z nawiązką.

Po raz kolejny tez się upewniła, że smycz to nie jest metoda. I dobrze mieć zaprzyjaźnione męskie ramię, które wesprze i pomoże. Choćby spojrzeniem, choćby gestem.

Samotna kobieta to cel ataków. Wiecznie głodnych świeżego mięsa drapieżników, niezależnie od gatunku. I stanu. I wiecznie niezadowolonej padliny, która szuka dziury w całym, węszy za spiskami i robi z igły widły.

Znowu się nie przejmuje i znowu się brzydzi.


darmowe statystyki strony