Wpisy z tagiem: nieszczęśnik
środa, 07 marca 2012
Nie ma pomysłu chwilowo na siebie ani na świat wokół. Skupia się na poczuciu bezpieczeństwa, zdobyciu i utrzymaniu. Status quo. Gra nie jest jeszcze zła, więc nie wymaga dobrej miny. Ale jej policzki i tak jak zwykle, zazwyczaj rozciągają się, uwypuklając wąwozy wokół oczu i ust, pełne ścieżek, dróżek, kolein radosnych, gdzieniegdzie tylko zgryzotą wypełnionych. Niepotrzebne jej kombinacje alpejskie, nawet sudeckie jej niepotrzebne, żadnych slalomów. Chciałaby uniknąć problemów, dylematów, zastanowień. Chciałaby wiedzieć, na czym stoi i jak bardzo ruchome są te piaski. Nie grzęźnie jeszcze, nie panikuje, trzyma się jak może, przywiązana liną rozsądku i planów na przyszłość, w uprzęży mieszczańskich lęków i zahamowań. Zapętla czas na czymkolwiek, usuwa myśl każdą, najdrobniejszą z głowy. A na co, a po co, a czemu tak gna...? Egzorcyzmuje go z myśli, z mowy, z... Nie, jeszcze nie. Ale że aż tak naiwną jest - pff, miała o sobie lepsze mniemanie.
czwartek, 23 lutego 2012
Łzawią okna, szyby autobusów, ściany kamienic i bloków, rzewnie, bezlitośnie, stoją całe we łzach. Ciepło-zimno, nie cieszy ich ta zabawa, ani są bliżej, ani dalej odkrycia zagadki sensu istnienia. Szumi wokół, szeleści, plumka najzwyczajniej w świecie plum, plum, prawie jak wiosenny ciepły deszcz. A ona tup, tup, tup, głowa w chmurach, słuchawki w uszach, idzie i myśli, żeby nie myśleć, oderwać się, odkłębić. Jakiś wielokropek wdarł się w jej codzienność, znienacka i niespodziewanie. A ona zdecydowanie woli kropki. Lub przecinki. Niepokój w niej budzą te małe trzy kropeczki, jak trzy ziejące czarne dziury niedopowiedzeń, budzących się niebezpieczeństw i lęków, w których ginie wszystko, cały porządek, poukładany do tej pory pulchrabellowy świat. Nie jest złą, zepsuta z natury, zdeprawowana, nie jest naczelną hipokrytką tego smutnego miasta. Ale nic nie poradzi na to, że zło kusi i zachwyca, że grzech przyciąga jak światło ćmę, jak padlina hienę, jak kwiat pszczołę, jak miska psa i kiełbasa. Z zasady i dla zasady. Łapie się na tym, że przerobiła z nim już prawie wszystko z Obowiązkowego Zestawu Pierwszego Zauroczenia. Zacięli się w windzie, ledwo powstrzymali tajfun hormonów, ale udało się, przespacerowali park wzdłuż i wszerz, oswajając ławkę pod klonem, drugą na lewo przy ścieżce nad staw. Wiślane bulwary i plaże nie mają przed nimi tajemnic, pani z kwiatkami przy Trakcie Królewskim z daleka na ich widok mruga i pyta: To co zawsze? i wyszczerza zęby w uśmiechu porozumienia i wspólnej tajemnicy. Przewrócili się w zaspę, zalewając się latte z syropem piernikowym, której nijak się teraz nie da sprać z rękawiczek. Uciekając pod natrętnym okiem sąsiadów całowali się za garażami, jak nastolatki, pobiegli tam trzymając się za ręce. I gdy tak wysyłają sobie tęskne spojrzenia w kuchni, te z cyklu przy ekspresie, to gdzieś gubi jej się ta wspólnota doświadczeń, przypomina sobie, że on jeszcze nic o Obowiązkowym Zestawie nie wie. I najlepiej - dla wszystkich - będzie, jak się nie dowie. Będzie udawać, że nie ruszają jej te dotknięcia, muśnięcia, rzucenia okiem, uśmiechy, gardłowe szepty, tiru-riru-szmiru. Wygląda na to, że nie da się nie złamać motylkowi skrzydełka, obracając nawet najbardziej delikatnie w palcach. Leć, motylku. Fuck yeah.
poniedziałek, 13 lutego 2012
Ktoś coś napisał. Intrygującego i wartego zastanowienia. Coś, co zostało zapomniane, zakopane w przepastnych czeluściach staroświeckiego kufra na wspomnienia, upchniętego na dnie najgłębszej szafy na strychu niepamięci. A przecież sama nie od dziś wie, że by pozbyć się pokusy, trzeba jej ulec. Robi rachunek zysków i strat. Plusy dodatnie mają moc. Plusy ujemne zostały zdominowane. Dodaje dwa do dwóch i uparcie wychodzi jej sześć. Rozmowy z gatunku przy ekspresie pobrzmiewają w jej głowie jak dialogi z komedii określanej zwykle przymiotnikiem nijak się mającym do treści. Ale nikt nie chce udawać, że ma być romantycznie. Gdy opuszcza i podnosi z wolna powieki, a jej dekolt faluje to w ciężkim oddechu, to przyspieszonym, płytkim, a poruszającym jej płuca niczym huragan, to nie ma być to krajobraz do wyznania. Gdy zaciska się nagle jej szczęka w nerwowym tiku zastanowienia, to nie wie czy to naprawdę są skrupuły, czy magnezu nie trzeba doładować wyjałowionemu organizmowi czekoladą jakąś. Konsekwencje, konsekwencje, phi, phi. Kiczowate scenki wybijają jej z głowy myślenie o przyszłości. Przedłużone spojrzenia, uśmiechające się oczy, jego dłoń zgarniająca śnieg z jej głowy. Pytania są nieme. Odpowiedzi nie oczekuje nikt. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
darmowe statystyki strony |