Wpisy z tagiem: Ochota

środa, 11 maja 2011

Po odarciu ze złudzeń jednak ciągle można dryfować pod żaglem beztroski, czekając na przychylne wiatry, nie wiosłując na siłę z nadzieją, że galera ruszy z kopyta.

Tego potrzebowała: braku konwenansów, udawania i udawactwa, odhaczania kolejnych punktów, podpunktów z agendy spotkania, owijania bułki w bibułkę. Powrotu do przeszłości ze świata, w którym wszystko unosi się 30 centymetrów ponad chodnikami. Jedni oderwani od twardej ziemi, tacy, co obserwują świat z twarzą w chmurach, utrzymywane na sznurkach marionetki, tacy z cepelinowym ego, ulotni wszyscy, zdmuchnęła ten widok, a znaczek baterii w mgnieniu oka pokazał wszystkie kreski. Kawa na ławie.

Nie ma zapewnień, nie ma planów, wykrętów, matactw, łajdactw, zachachmęceń, okrągłych słów, miękkich obietnic, płynnych złudzeń, tej fizyczno-emocjonalnej cieczy, która - nie może być inaczej - zawsze przyjmie kształt naczynia.

Ciepły, dobry człowiek. Nie on dla niej, nie ona dla niego. Po prostu ciepło, nie ciał, nawet nie dusz. Nic na siłę, spontaniczna radość, jak mentos w coli, jak dziecko w piaskownicy, jak szczeniaczek bawiący się ze starym wilczurem. Zatrzymany kadr, bez oprawiania go w ramki. Kokon ramion, muśnięcie palców, Jan N., everyman, stary nowy, choć może "stary" jest tu nie na miejscu.

czwartek, 28 października 2010

Oj da, dana, dana, da. Niebiesko w głowie, zielono też, się dzisiaj Pulchrabella rozszalała.

Jeszcze dobrze nie pozamiatała skorup serca, co to je połamane, biedne, na swej drodze stratowała (podobna, wieść gminna tak niesie, ona się nie poczuwa), a tu już okazja się nowa i lepsza nadarza do bycia kobietą na 200%. No i na to wygląda, że tym razem trafi lepiej.

Spaceruje znowu wydeptanym chodnikiem, zakurzonym jak zawsze, i stosuje rozdawnictwo uśmiechów. Mniej bądź bardziej nieśmiałych. Delikatnie zwilża wargi językiem i opuszcza oczy z rzęs trzepotem. Nieświadomie bądź świadomie, jak do tej pory. Wie, jakie to proste i jakie pożyteczne.

Nie zapesza na razie. Nie podnieca się za bardzo (hm, to akurat nieprawda, bo podniecona od kilku godzin biega, kolanka przy sobie trzymać musi, żeby katastrofy w mieście tym na W nie spowodować, nawilżona niebylejak), ale nie przesadza. Jest stonowana, lekko uszczypliwa, spokojnie jak na wojnie, może nic nie pierdolnie.

Double shot. No, no. Poza tym rozkwitnięta jak przy majowej mżawce ogród maminy do słonka wychodzącego nieśmiało zza pierzastej chmurki się uśmiecha. A zmarli niech świętują, w końcu każdemu się należy raz do roku.

Perspektywy są ciekawe. Czy rozbestwi się na tyle, żeby nie zostało to tylko w zamyśle, w zarysie, czy da się przeciągnąć, przeciągnie, ściągnie, zabierze, da.

Nieważne dziś kwestie aprowizacyjne, zawodowe, naukowe, życiowe, konkretne, przyszłościowe, a gdzież!

Na razie praktykuje niezobowiązującą obietnicę spółkowania. A co dalej... :D

czwartek, 14 października 2010

Na jednym ogniu pieczenie co najmniej dwie. Ech, powinna być częściej niewyspana. Kwitnąca, zmobilizowana do wyglądania, działania, bycia. Na 200% normy.

Nie jej zwyczaje, nie jej normy. Zapomniała, jak to bywa w podwojeniu. Spacerowo, kawiarnianie, rozmowowo, motylowo-brzuchowo, spoglądanie w oczka, mruganie powieczkami, rzęska do rzęski, doprowadzić do klęski.

A miło bywa, nie powie, miło. Tylko, że jeże nie lubią, jak sie psy do nich dobierają, tak jak się dobierają. Jak tak dalej pójdzie, wytłumaczy Panu Bobowi, że nie tak, niunius, nie tak, to inaczej sie robi, załatwia.

Euforia jest najlepszym zabiegiem pielęgnacyjnym, spa domowym, no, może nie domowym, ale łatwym w miarę do osiągnięcia i niedrogim. Hm, bywa, że potem nakłady okazują się niewspólmierne do oczekiwań, za wysokie, po prostu. Ale pozwala sobie nie liczyć kosztów.

Gdzie jej zastanawianie się, rozkminianie, na części pierwsze, ósme, setne, dzielenie włosa na czworo, dziesięcioro...?

No pojawia się w chwili, gdy Pan Bob ją za rączkę, pod rączkę, przodem, przez dzrwi, do autka, a domu to już nie łaska? A za włosy i do jaskini to z mody wyszło, hę...?!

O, a miała nie używać wielokropków. Znowu pojawiają sie niedomówienia, mniej przecinków w jej życiu, wykrzykników też niekoniecznie za wiele. Zdania wielokrotnie złożone zacznie układać świadomie lada chwila.

Nie poddaje się tej fali bez walki, nie zrezygnuje, na ramię broń, szańca nie odda, własną krwią, piersią zasłoni, bronić będzie do końca. Bez partyzantki i podchodów. Nie da się.

Ale dała się zaprosić na kontynuację serialu pod tytułem "Pulchrabella i jej brzuchate motyle".

czwartek, 26 sierpnia 2010

Prawdę powiadają stare porzekadła. Śni się noc kolejną.

Jest zła, niedobra, podła. Po raz kolejny, znowu, fuckin' over & over again, robi to samo. Plus jako narzędzie. Jako środek do osiągnięcia celu. Wspinając się na wyżyny z obrazem Buscandito pod powiekami, zaciska dłonie na barkach, na plecach pokrytych cieniutką warstwą potu Plusa.

No regrets. Z jednej i z drugiej strony. On wie, o co chodzi w tej bajce. Przynajmniej udaje, stara się. Korzysta z tego, co może mieć. Ona też.

A to, że w jej głowie wojna myśli niespokojnych, że sztorm obrazów, burza wspomnień, uśmiechów, wzmaga tylko emocje.

Gdyby była choć trochę bardziej bezczelna, wyzywająca, ekstrawertyczna. Albo gdyby On, Buscandito, był w innej sytuacji. Ośmieliłaby się. A tak musi czekać. Chciałaby, ale boi się. Konsekwencje tego, co się jeszcze nie wydarza, ale ma się stać i dziać, przerażają już teraz.

I znowu, gdy o tym myśli, aż boi się zamknąć oczy. Ten obraz jest wszędzie, otacza ją, 3D, 4D, zapachy wciskają się w każdy por jej skóry, smaki i dotyki wyobrażają się na opuszkach palców i koniuszku języka. Delikatnie oblizuje wargi, czując, że ma na nich lekko słonawy smak Jego skóry. Zaklina rzeczywistość. Nie wierzy w przeznaczenie.

Ale wierzy w

ciała zmartwychwstanie poprzez czułość, przez kochanie.  Ciało z ciałem niech się sklei...

Oszalała chyba, to ciśnienie, to uczucie, to trywialne i banalne ssanie w dołku. I choć mówi sobie: nie, to nie słucha siebie samej.

piątek, 25 czerwca 2010
Ogromna, nieodparta, niemożliwa do zatrzymania. Nie rozpaczliwa, ale dramatyczna. Głód. Ściskający wnętrzności, do trzewi poruszający. Musi. Nie wie jak, ale tak. Nawet sobie sprawdziła znaki zodiaku. I wyszło jej coś ciekawego. Tak zresztą myślała w swoim rozbuchanym kwitnąco niekiedy narcyzmie. Niekiedy przygasły ten jej narcyzm, ale się trzyma, całkiem nieźle, całkiem mocno. Nie o tym dzisiaj. Wie to bez horoskopów, wróżek, przemyśleń, zaleceń. Ale nie wie, jak doprowadzić to do odpowiedniego momentu. Uda się, daje sobie czas. Nie pierwszy raz (no, nie dziesiąty też, doświadczenie jej jednak kuleje w tej kwestii), nie ostatni też pewnie. Musi, chce, powinna. Będzie mieć. W końcu jest Nią, Sobą, Oną. Afirmuje się. Stara się przynajmniej. Gdy o tym myśli (tym? czy można tak określać?), OK, gdy o Nim myśli, czuje przyjemne ciepło i lekki dreszcz przebiegający od jej wystających obojczyków, okrążający ramiona, zbiegający po brzuchu i plecach jednocześnie... Niebezpiecznie dreszcz ten zbliża się do punktu kulminacyjnego, jest błogo. STOP! Nie chce robić nikomu krzywdy, to nie tak. Ale albo ona zje, albo zostanie zjedzona...

darmowe statystyki strony