Wpisy z tagiem: smutek

środa, 06 lipca 2011

Wieczorne wyjścia spontaniczne mogą się skończyć pewnym niesmakiem, to już zauważyła. Reguła się potwierdza. Alkohol jest niebezpieczny, robi z ludzi zwierzęta, królów życia, mistrzów ciętej riposty. Burzy wszelkie bariery, przelewa się nurtem niczym nieuzasadnionej fajności. Przetykanej zwykłym chamstwem. Ba, nawet nie przetykanej, przepełnionej. JA ewoluuje do rozmiarów Sears Tower, na samym szczycie powiewa sztandar męskości, ale z dołu i tak widać, że splamiony. Kobiecość staje się wyraźna jak czerwone wino na świątecznym obrusie, jak krew na prześcieradle, gładkim i sztywnym od krochmalu. Słowa się przesypują, toczą jak kamienie po zboczu, nisko, jeszcze niżej, na sam dół.

Nadmierna pewność siebie nie jest asertywnością, tylko agresją. Choć cezar kiwający dłonią, ułaskawiający wspaniałomyślnie rozmówcę, który z politowaniem na niego spogląda, nie zna tego pojęcia. 

Pulchrabella sobie obserwuje, cierpki smak w ustach wykrzywia jej wargi, to jedyna reakcja. Patrzy i widzi przelewające się ciała, bezwładne dłonie, drobione kroczki, chwiejne, płynne, statek się kolebie, fale alkoholu jedna za drugą kiwają nim to na prawo, to na lewo. Dorośli, poważni ludzie, zrzucili mundury, kajdany, pragną znowu być dziećmi i nie widzą innej metody. Stara się zrozumieć, nie oceniać, choć przekracza to jej możliwości percepcyjne. 

Dulszczyzna, być może, najlepszym się zdarza pogubić, zaplątać, zapętlić. Ale są cele i środki do celu. 

piątek, 17 czerwca 2011

Widziała zaćmienie, widziała plażę, Wisłę nocną, mroczną, gęstą jak smoła, ciągnącą się powoli, leniwie, smoliście, z lekkim szumem przybijającą do brzegu, by odpłynąć, zniknąć za zakrętem, horyzontem, hen, hen, daleko, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami... Widziała miłych, dobrych ludzi, szczęśliwych w wiecznym teraz. Widziała zagubionych, nieszukających drogi, widziała nieumiejących zachować się, jak przystało na dorosłych. Uciekających przed sobą, kumulujących się w lęku własnym, pławiących się jak w tej gęstej Wiśle.

Zapychacze czasu, czasoumilacze, czasogodziny przesiedziane, przegadane, przepędzone. Dobrze jest. 

Niewykonalne to niewykonalne. Nie ma co gdybać, kminić, rozmyślać czy się nawet zastanawiać. Żyć trzeba. Cieszyć się, bawić, kochać... Kochać. Eee tam, to akurat przereklamowane. Ale do przodu iść, przed siebie biec, łapać szczęście za ogon, czas leczy rany, coś tam, coś tam.

Cokolwiek napisze, będzie to banałem jeszcze większym niż jest. 

Ale muzycznie się ładnie zapętla.

środa, 06 kwietnia 2011

Wymyśliła, wydumała, wydawało się jej, że co? Że to wszystkie stwory na tym świecie takie dobre, miłe, spolegliwe, jak i jej się o sobie, skromnej skądinąd osobie, wydaje, że jest? Miałaby sprzeniewierzyć się temu, co sobie układa, zapałka po zapałce, od pół dekady mniej więcej? Labiryntowi mniemań, sądów, osądów, wynurzeń, nie wynaturzeń. Przepracowanym po wielokroć emocjom,

Jakąś liryczną Pulchrabellą się dziś stała. Deszcz miarowy na parapecie, gołębie nie skrobią grzechotką pazurków za oknem. Dźwięczy dziś cała, jak dzban, uderzony, jak dzwon, i pustka w środku. W myśli, w mowie, w głowie, w sercu nie, tam tłoki ciągle pracują, na cztery zmiany, ta fabryka nigdy się nie zatrzymuje, zmęczenie niekiedy daje o sobie znać. Ale trzyma się, jak każda dobra polska prowizorka. Od lat juz jakichś 15. Plus minus.

Awaria, wnimanije, ech.

Jamie jej to odbije, już w sobotę. Jego może sobie kochać ile wlezie i idealizować go sobie ile siły w duszy i sercu. O!

piątek, 26 listopada 2010

Pulchrabella dziś więc osiąga wyżyny nie tylko swojej, lecz światowej inteligencji.

Głębokość pewnych stwierdzeń rozkłada na łopatki, powala, przewraca, wali po zębach i nosie, rozkrwawia głowy i myśli. Nie żeby to, ale trzeba było jakoś zacząć.

Zima nastraja ją zdecydowanie negatywnie. A jeszcze kilka dni temu opowiadała wokół, wszem i wobec, że jest permanentnie niehumorzasta. A tu ze zdwojoną mocą, ba, dwudziestokrotnością mocy poprzedniej, pojawia się to, co zamiecione pod dywan zostało lata temu, zakopane 56 metrów pod ziemią, w mrokach niepamięci, wśród innych niewydarzeń.

Nic ważnego, nic niezwykłego. Zwykły brak poukładania pewnych rzeczy w pewnym momencie. Niezamknięcie drzwi wtedy, gdy niezbędne to było, powoduje, że - wypaczone - już się nie domkną i skrzypieć będą. Skrzypią, skrzypią, jęczą, godzinę duchów wywołują, kryminalną perełką się stają, budzą w głowie "wojny myśli niespokojnych".

Oho ho, jaka się lotna dziś Pulchrabella zrobiła. I nastrojowa. Musi się chyba napić.

Na szczęście Rogu wie, kiedy się zjawić, o nic nie pytać, być kolegą, polać whisky, albo i wódki, dlaczego nie, i rozwiać mnie bądź bardziej PMS-owe wymysły i pomysły.

A tak w ogóle to chciałaby wyjść czasem z nieszczęsnego pancerza pierdolonej od tyłu przez kotarę mieszczanki, nie zawijać bułki w bibułkę, tylko powiedzieć/pojechać wprost. Może upuściłaby sobie i krwi, i ciśnienia. Ale nie umie i nie potrafi. Asertywność poziom 0. Zawsze to lepiej niż -5, co jeszcze do niedawna królowało. Na razie robi to w myślach, wytrawnie, na zimno, bezlitośnie. Napawa się swoim suczym chłodem i lodowatym okrucieństwem. Smaga słowami jak biczem, ech...


darmowe statystyki strony