Wpisy z tagiem: czas

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Refleksyjnie i radośnie, wśród ludzi kochanych i kochających, łapanie gwiazdek, gonienie króliczka. 

To, że przy okazji zamiatane są pod dywan pewne rzeczy, sprawy, zatęchłe lekko, niekoniecznie przyjemne, nic to. Kiedyś się stamtąd wydobędą, lada dzień nawet, teraz nie są niezbędne, jeszcze tydzień, jeszcze dwa, czas dogoni. Nie można być przed czasem, on i tak wyprzedzi, on się nie spóźnia, nie trzeba na niego czekać, zawsze na miejscu. 

Obserwacja zawsze była jej hobby, na ekranie świata ogląda wyrywki z filmów obyczajowych, melodramatów, komedii romantycznych, a niekiedy nawet dokumenty. Marzy o tym, by za lat trzydzieści kilka z tą samą mocną ekipą ruszyć w objazdówkę po Polsce, kipieć radością, energią, dobrym słowem, nie złośliwym pouczeniem, tańczyć o zmierzchu do muzyki ulicznego grajka, łapiąc za rękę towarzysza z grupy seniorów, łamańce i hołubce na bruku wyczyniać. Uśmiechać się ciepło, ze zrozumieniem, człowieka, który swoje wie, swoje widział, wiele rozumie, nie ocenia. 

Co dobre się kończy. Celebruje więc każdą sekundę, minutę, chwilę ulotną. Nie czeka na pożegnanie, nie myśli o nim. Wszystkiego się można nauczyć, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do życia bez ludzi, którzy są filarami podobno też.

Tyle ostatnio mija. Mniej bądź bardziej bezpowrotnie. Póki co jest trwanie. 

* A Nosowska tylko tekstowo dobra w tym przypadku, więc inne danie muzyczne.

piątek, 17 czerwca 2011

Widziała zaćmienie, widziała plażę, Wisłę nocną, mroczną, gęstą jak smoła, ciągnącą się powoli, leniwie, smoliście, z lekkim szumem przybijającą do brzegu, by odpłynąć, zniknąć za zakrętem, horyzontem, hen, hen, daleko, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami... Widziała miłych, dobrych ludzi, szczęśliwych w wiecznym teraz. Widziała zagubionych, nieszukających drogi, widziała nieumiejących zachować się, jak przystało na dorosłych. Uciekających przed sobą, kumulujących się w lęku własnym, pławiących się jak w tej gęstej Wiśle.

Zapychacze czasu, czasoumilacze, czasogodziny przesiedziane, przegadane, przepędzone. Dobrze jest. 

Niewykonalne to niewykonalne. Nie ma co gdybać, kminić, rozmyślać czy się nawet zastanawiać. Żyć trzeba. Cieszyć się, bawić, kochać... Kochać. Eee tam, to akurat przereklamowane. Ale do przodu iść, przed siebie biec, łapać szczęście za ogon, czas leczy rany, coś tam, coś tam.

Cokolwiek napisze, będzie to banałem jeszcze większym niż jest. 

Ale muzycznie się ładnie zapętla.

sobota, 19 marca 2011

Choćby się przywiązać do drzewa, łańcuchem wielkim i mocnym, złapać go za tylną nóżkę, przykuć do siebie nawet, trzymać, nie puszczać, prosić, błagać, zaklinać.

Tak, hipnotyzować jak kobrę, niech rozkłada swój kołnierz, niech syczy, językiem rozdwojonym, grzesznym, kłamliwym niech młynki wywija, stroszy się, wije, kręci, pręzy, napina mięśnie karku i pozostałe. Trzymać jak księżniczkę bajkową w dłoniach silnych rycerskich, niech stanie się smokiem, jaszczurką, żagwią płonącą, psem sciekłym, nie, nie będzie przemiany w piękną i dobrą, w ropuchę może.

Zdradliwy ten czas. Kusi, mami, tumani, przestrasza. A dedlajn nieodwołalnie się zbliża. Ech, albo życie, albo obowiązki. Wszystko na 200%, żadnego umiaru, żadnego rozsądku. Tak o Pulchrabelli powiedzieć, że rozsądna, że odpowiedzialna, że poukładana, posprzątane w głowie jak w sypialni dziewczęcej w przyklasztornej bursie, to jak o śniegu że gorący, oksymoronicznie, ładnie, ale nieszczerze.

Coś jej śmierdzi pod nosem. Aha, ręka w nocniku.

21:23, pulchrabella
Link Komentarze (5) »
czwartek, 10 lutego 2011

Jak głupi do sera i cielę na malowane wrota się uśmiecha i patrzy, i tak patrzy, ach, jak się cieszy! Jest pokoleniem bez celu i bez sensu i nie w głowie jej to, zazwyczaj tak, zwyczajnie, śniadanie, obiad, kolacja, spać, prać, pracować, jedz, módl się i kochaj. No to co ma robić, skoro i na te podstawowe czyności czasu jej brak?

Ogranicza lenistwo do minimum, goni w piętkę, kradnie chwilę za chwilą. Zasapana, w permanentnym niedoczasie. Nurza się w oparach, wodospadach whisky, wódki, popuszcza cugle i wodze.

Przesmykuje się, przemyka po korytarzu, nie stosuje już rozdawnictwa usmiechów, coraz częściej ostatnio patrzy na siebie i klika "Lubię to". Im bardziej walczy z sobą, ze swoimi słabostkami, drobiazgami, mąci wodę i w głowie sobie, tym trudniej jej popłynąć naprzód. Opowiada sobie bzdurne bzdury głupoty w stylu Coelho. Jeszcze chwila i zacznie nosić afirmacje w portfelu i chodzić na spotkania dla korposuczy: jak nie dać się zgnieść we świecie współczesnym, być super hiper mega mistrzem wszystkiego, kucharką w łóżku, damą w kuchni i dziwką w salonie :) i do grupy na fejsbuku się zapisze: Cytat boskiego Paolo na dzień każdy.

Mapa na twarzy coraz gęściej zaznacza każdą radość, małe tęsknoty, znaczące prawie tyle co nic. Pielęgnuje każdy wąwozik z osobna, pieczołowicie dopieszcza, bo na każdy ciężko zapracowała upatrując permanentnie do połowy pełnej szklanki.

Wiosna w powietrzu, aż głowę urywa.

*Tytułowa bufonada amerykańska niechże autorce nie będzie brana za złe. Raz na jakiś czas musi błysnąć wiedzą, oczytaniem i umiejętnością korzystania z Wikipedii.

01:31, pulchrabella
Link Komentarze (3) »
środa, 05 stycznia 2011

Spogląda przez okno niedrapacza chmur swojego, choć dziesiąty poziom wysokim, nie bylejakim jest. W teorii przynajmniej. Na punkt widokowy się nadaje. W każdym (nie: bądź) razie.

Gęsiego, rządkiem, rządeczkiem, kaczuszka za kaczuszką, drepczą, tuptają, tiptopkują, pewnie skaczą tylko po ośnieżonych płytach chodnikowych. Gdyby ciepło było, to stawałyby (nie wszystkie może, kilkoro) na pęknięte. Albo właśnie na te, co pęknięte nie są. Albo na te, koło których trawki wyrastają. Trzymają się za ręce, machają nimi rytmicznie: przód, tył, przód, tył, idą teraz tylko prawą, teraz tylko lewą, wykrzykują coś radośnie, a może chowają nastroszone buzie, zagniewane miny w wilgotnych od oddechu szalikach. Jedno podstawia nogę, nikt się na szczęście nie przewraca, leci pierwsza śnieżka, druga, leci ostatni z rzędu na skargę do przewodniczki stada, mamy gąski. Pewnie rozlega się daleko, wysoko, głośno lekko piskliwy okrzyk: Psze paaaani!!!

Przedszkolaki na wycieczce.

I gotuje się jej coś w środku, warczy, sapie, dyszy i dmucha. Łezka w oku wewnętrznym się kręci, cień zamyślenia oko wewnętrzne zasnuwa. Zewnętrzne nie. Ono jest od patrzenia, nie od dumania. I gryzie się z sobą i myślami. Bo longplaystwo, singielstwem zwyczajowo zwane, ma plusy dodatnie i ujemne. Zazwyczaj się one równoważą. Na co dzień. Przy charakterze dobrym, spolegliwym, matkopolkowym ujemnych więcej. Przy suczo-egoistyczno-samodzielnym dodatnie dominują nad resztą.

Jako samica ssaka ma do wypełnienia najważniejszą z ról. Natura zaczyna się o nią upominać. Ona o naturę też. Szukać pingwina, samczyka do gniazdka czy byka inseminatora? Hm, czyżby postanowienie noworoczne?

Nie, nie będzie myśleć o tym dziś. Pomyśli o tym jutro.

wtorek, 02 listopada 2010

Wciąż pulchra, wciąż bella, ale melankolija święta tego się wkradła. Wie, że jest bytem ku śmierci, jak inni wokół. Wie, że raz, i tylko raz, i tyle, powtórki z rozrywki nie będzie. Nagranie na żywo, bez dubli.

Wersja reżyserska ma kilka usterek. Przydałyby się powtórki, może warto było inaczej obsadzić pewne role... Może w niektórych momentach akcja niezbyt wartka, przynudza scenariusz. W innych nadmiar wątków melodramatycznych. Niespójna ta produkcja.

Tik, tak, tik, tak. Czeka na owoc żywota swojego. Nie chce egoistycznie, sama dla się. Ma nadzieję, że nie zostanie do tego zmuszona. Przez wyjątkowe okoliczności.

Pieprzenie, czeka na jutro. Jutro jej przejdzie.

środa, 04 sierpnia 2010

Czasem lepiej nie wracać do przeszłości, nie przywoływać duchów i nie wyciągać trupów z szafy. Co z tego, że minęło tyle lat, tyle wody, wódki, czasu upłynęło? Musiał być jakiś konkretny powód, dlaczego obywały się bez spotkań.

Nieważne, co razem zaczęły i kiedy. Nieważne, że rytuał przejścia, że takie tam.

Nie umie udawać, nie nauczyła się przez tyle lat. Starała się, jak mogła. Bo nie jest ani zła, ani złośliwa.

Nieważne, na szczęście już jest po. I nie będzie musiała tego powtarzać.

A z nim dała sobie spokój. Przynajmniej na razie. Rozbestwił się i zaczęło mu się za dużo wydawać. A to, czego ona nie znosi NAJBARDZIEJ, to cwaniactwo. Tandetne, bezpowodowe, a pewne siebie.

Cóż, zobaczy się, co dalej. Nie skreśla, odsuwa na plan dalszy, schładza.


darmowe statystyki strony